1. Działamy coś?
Po parku krążył młody
chłopak na rowerze. Zatrzymywał się przy ławkach, wskakiwał na
siedzisko i siadał na oparciu, rozglądał się i ruszał dalej.
Obserwowałem go z daleka. Ciemne włosy, jasna karnacja, ostre rysy
twarzy, wydatny, męski nos. Zauważył mnie, przejechał obok ze dwa
razy. Za trzecim zapytał prosto z mostu:
– Działamy coś?
Padało. Poszliśmy na
Wolne Tory. Stanęliśmy pod cieknącym dachem zaśmieconej altanki.
Całował się ze mną namiętnie, lizał moje uszy i szyję, brał
mi w usta. Odwzajemniałem jego pieszczoty. Zlizywałem mu z czoła
krople deszczu. Ujmował mnie ciepłem ciała i młodzieńczym
uśmiechem, który nie schodził mu z twarzy.
Po wszystkim wysłał mi
głuchacza. Zapisałem go – Kamil. Obiecałem, że się odezwę.
Przechwalałem się, że mam do dyspozycji fajne lokum w samym
centrum, bo Piotrek – mój Anioł Stróż – na co dzień pracuje
w Skandynawii.
Wróciłem do rodziców i
pieska na osiedle. Wieczorem napisałem do Kamila. Odpowiedział
głuchaczem. Po jakimś czasie przyszła wiadomość z bramki „Nie
mam jak pisać”. Doładowałem mu telefon z Inteligo. Nie był
pierwszym lujem, któremu zasilałem konto.
2. Azyl nad
ratuszem
To mieszkanie było moim
skarbem, schronieniem, azylem, gdzie udawałem się często w nocy.
Szedłem tam z przystanku Polonez przez wzgórze dwóch kościołów
– przewodniki piszą o nim „malownicze jak Toskania”. Z balkonu
naszej kamienicy roztaczał się widok na renesansowy ratusz miejski.
Zazdrosne parkowe cioty,
które nie miały własnego lokum, nazywały dom Piotrka pogardliwie
moją garsonierą, a te najbardziej złośliwe – meliną lub wręcz
gemelą. Pisałem o tym miejscu wiersze, biegałem z każdym awizo na
pocztę, raz interweniowałem w sprawie gołębia uwięzionego za
kratą, która pewnego dnia po prostu wyrosła na klatce przed
wejściem na strych.
3. Drzwi
Kamil przyjechał na swoim
rowerku. Ustawił go pod balkonowym oknem. Zdziwiło mnie, że od
razu zaczął bardzo dokładnie oglądać każde drzwi. O wejściowych
mówił, że ten zamek da się otworzyć w trzy sekundy. O drzwiach
do salonu: są tak stare, że same puszczą pod najmniejszym
naciskiem.
Nie zapytałem, skąd to
wie. Zaprosiłem go do środka.
Powiedziałem, że
właściwie tu nie mieszkam – za dnia sypiam u rodziców na
blokowisku i mam wtedy wyłączony telefon.
Usiedliśmy przy dębowym
stole. Odpaliłem YT, moje ulubione kawałki – polskie,
przedwojenne. Otworzyłem piwo. Kamil nie przepadał za alkoholem,
wypił symbolicznie. Kochaliśmy się.
4. Poranek
Nad ranem Kamil ociągał
się, chcąc jak najdłużej pozostać w mieszkaniu. Nagabywał mnie,
byśmy poczekali do wieczora. Przypomniałem mu, że nie przebywam w
tym miejscu za dnia, tylko wracam do rodziców na osiedle, więc musi
już wyjść. Gdy wyraźnie odmówił, nie pozostawił mi wyboru.
Złapałem tego 60-kilogramowego kocura za kołnierz, zaprowadziłem
– łapiącego się za framugi – do wyjścia i wypchnąłem za
drzwi. Następnie wyniosłem na klatkę jego rower i plecak.
Przekręciłem klucz.
Stałem w przedpokoju. Nie odwracałem głowy. Policzki i uszy mnie
piekły.
Po latach Kamil
powiedział, że zaimponował mu ten mój zdecydowany ruch. A to, że
musiał mi ulec, sprawiło mu przyjemność.
5. Wtargnięcie
Przebudziłem się o
trzeciej nad ranem w moim pokoiku u rodziców. Włączyłem telefon.
Jedno nieodebrane połączenie. Od Kamila.
Wybrałem numer. „Abonent
poza zasięgiem”.
Zadzwoniłem jeszcze raz.
To samo. Zerwałem się z łóżka, ubrałem, wyszedłem szybko z
bloku i czekałem pod wiatą na 235.
Wbiegałem po schodach
naszej kamienicy. Na półpiętrach zatrzymywałem się, wybierałem
jego numer. Brak sygnału.
Drzwi do mieszkania były
otwarte.
W kuchni szuflada
wysunięta. Na blacie śrubokręt, którego tam nie zostawiłem.
Drzwi do salonu –
wyłamany zamek leżał na podłodze. Metalowe elementy.
Szafki pootwierane. Nie
było aparatu cyfrowego Sony, odtwarzacza DVD, kolekcji płyt CD,
starej Nokii Piotrka, zegarków i drobnej elektroniki.
Wybrałem numer do
Sztokholmu.
– Piotrek, okradli nas!
– płakałem w histerii. Opowiadałem szybko, chaotycznie.
– Jak to, co ty mówisz?
A co dokładnie zginęło? To trzeba koniecznie pójść na policję!
– Dobrze – rozłączyłem
się.
Zadzwoniłem jeszcze raz.
– Muszę Cię o coś
prosić… Nie zgłaszajmy tego. Nie dam rady zeznawać na policji.
To dla mnie za dużo. Czy możemy tego nie zgłaszać? Bardzo proszę.
Piotrek, z miłością i
troską, uspokajał mnie:
– Dobrze. To tylko
rzeczy. Twoje zdrowie jest najważniejsze.
6. Dworzec
Napisałem SMS-a do
Kamila: „Zrobiłeś mi wielką krzywdę. Oddaj, co zabrałeś.
Odpisz.” W serii wiadomości opisałem mu sytuację najprostszym
językiem. Wyjaśniłem, że nie boli mnie utrata przedmiotów, ale
to, jak odpłacił mi za gościnność. A najbardziej bolało mnie,
że przez tę głupotę straciliśmy szansę na dalszą relację.
Przekonywałem go, że nie zamierzam iść na policję, a jego
zachłanność była bez sensu, bo spotykając się ze mną
regularnie, z czasem wzbogaciłby się o wiele bardziej.
Nie było odpowiedzi, ale
gdy dzwoniłem, sygnał zmienił się na ciągły. Napisałem, że
będę czekał na niego o północy na Zachodnim.
Nocą błąkałem się po
pustym dworcu. Dykta zasłaniała wejście do holu głównego, w
kawiarence internetowej nie było żadnych fajnych lujów. W
obskurnym tunelu unosił się zapach zapiekanek z mikrofali i tanich
perfum. Oglądałem gazety w kiosku na Zachodnim. Pisemka Bubla
„Poznaj Żyda” w małym formacie, częściowo zasłonięte przez
krzyżówki. Magazyny komputerowe z płytkami, wielki baner „Faktu”
z wrakiem TU-154M na okładce. Kiedyś można tu było dostać
„Adama” czy „Nowego Mena”, teraz ludzie siedzieli w necie i
ciągnęli torrenty za free.
Ktoś postukał mnie po
ramieniu. On. Ubrany w ten swój czarny, ochroniarski uniform. Miał
poważną minę. Przepraszał i dziękował, że nie zgłosiłem
sprawy. Na ławce na tyłach dworca opowiedział wszystko ze
szczegółami, jakby miał potrzebę oczyszczenia się. Zrobił to
nocą, w kominiarce i rękawiczkach, panicznie obawiając się, że
we współdzielonym przedpokoju spotka sąsiadkę. Teraz wyjął z
plecaka część elektroniki, w tym cenny aparat cyfrowy w srebrnej
obudowie, którym zrobiliśmy z Piotrkiem tyle wyjątkowych zdjęć w
Pradze. Większość cięższego sprzętu zdążył już upchnąć w
komisach, ale to, co mógł, oddał.
Nie myślałem o nim.
Myślałem o sobie. O tym, że sam mu pokazałem, jak łatwo wejść
do mojego lokum. O tym, że sam mu powiedziałem: w dzień mnie nie
ma. I że po prostu patrzyłem jak cielę na rower z pustym
bagażnikiem. Ten do którego później zapakował wszystkie fanty.
Pomyślałem, że
powinienem żałować.
Nie żałowałem.
7. Kamil
Kamil miał gęste brwi i
typowo lujowate spojrzenie. Wyglądał jak heteryk. Było w nim
jednak też coś chłopięcego – w niemal dziecinnym uśmiechu i
wiecznym, upartym optymizmie.
– Czym ja miałbym się
niby przejmować? – mawiał – Ręce mam, nogi mam, na wózku nie
jeżdżę.
Potrafił bezinteresownie
pomagać innym – jak starszemu panu, którego skutecznie reanimował
na przystanku. Mówiło o tym nawet Radio Merkury. Ubierał się
nietypowo: w strój ochroniarski – spodnie od jakiegoś czarnego
munduru i koszulkę z napisem „ochrona”. Dzięki temu nie musiał
się przebierać. Pochodził z miasteczka leżącego w pobliżu
granicy z obwodem kaliningradzkim, ale tutaj zadomowił się na
dobre. Operował miejską gwarą i środowiskowym kodem lepiej niż
wielu miejscowych.
8. Rytuały
Przychodził do mnie coraz
częściej. Kąpał się jak każdy luj i jak wszyscy otrzymywał
bieliznę i skarpetki. Wyspecjalizowałem się w dostarczaniu lujom
ciepłej kąpieli, bielizny i koszulek. Weszły w zakres moich
obowiązków. Dla Kamila miałem akurat całą paczkę szwedzkich
koszulek firmowych mojego faceta. Zużył wszystkie. Nie wiem, dokąd
chodził, kiedy znikał mi z oczu. Dla mnie własne łóżko, dom,
rodzice, kochający partner były jak oddychanie.
Nasłuchałem się o jego
przeszłości. Poznałem historie poprawczaków, tajemnice tzw.
małolatki w Garwolinie, gdzie kiedyś go zapuszkowali. Inaczej niż
w więzieniach, stosunki między chłopakami były tam normalnym
regulatorem zachowań społecznych – ustalania hierarchii,
kontroli, kary, zaspokajania fizjologicznej potrzeby. Trochę
podobnie było na oddziałach psychiatrycznych, gdzie garował, kiedy
policja zgarniała go z ulicy za włóczęgostwo.
Naszymi spotkaniami
rządził schemat. Po dwóch Dębowych Mocnych, zaczynałem wydawać
z siebie głośne pijackie monosylaby. Kamil wtedy natychmiast
zakuwał mnie w kajdanki i pytał:
– Będziesz spokojny?
– Tak, Panie –
odpowiadałem, wpatrując się w niego rozwartymi oczami.
Nie uwalniał mnie, tylko
patrzył, upajając się władzą.
Jolka, nasza wspólna
znajoma z parku (długowłosy typek, podający się za dziewczynę,
aby wabić heteryków), też opowiadała mi kiedyś, że zakuwał ją
w kajdanki i brał od tyłu.
9. Tradycyjnie
Nad ranem wciąż byłem
nietrzeźwy. Okna pozostawały zasłonięte kocami, w pokoiku panował
półmrok. Miałem na
chacie luja. Warunki idealne, by korzystać z uroków
życia. Siadałem przed komputerem, włączałem playlistę na YT i
otwierałem kolejne piwa. Budziłem Kamila i prosiłem, by mi to
zrobił.
– Dobrze – mówił –
Tradycyjnie.
Odtwarzaliśmy nasz
rytuał. Ustawiałem się przed starą komodą, twarzą do ściany,
łokcie na blacie. Spodnie opuszczone do kostek. Kamil był tuż za
mną. Powoli poruszał biodrami.
To uczucie bycia użytym i
zużytym przez ładnego chłopaka było warte każdej ceny, jaką
płaciłem.
10. „Myślałem,
że będzie gorzej”
Pewnej nocy kolejnego lata
ja i Kamil gadaliśmy z Sylwkiem. Wtedy zapytałem Kamila o tamte
nasze spotkania w kamienicy – o to, jak mu ze mną było.
Odpowiedź przyszła po
dłuższej chwili:
– Wiesz co. Myślałem,
że będzie gorzej.
Zastygłem w bezruchu.
Zmienili temat. Nawet nie usłyszałem, o co pytał mnie Sylwek,
tylko patrzyłem w powietrze. Kamil machnął ręką:
– On ma teraz zawiechę.
Pomyślałem: mój wiek.
Kamil lubił młodych. A ja byłem już trzydziestką. Na naszym
pierwszym spotkaniu wziął mnie za małolata. Później przyjrzał
mi się uważniej i stracił ochotę.
Raczej nie czuł do mnie
wstrętu. Ale już dawno temu wypadłem poza jego widełki. Po
prostu.
W parku robił to ustami
65 i 70 latkom. Za 20 złotych. Sami mi opowiadali.
11. 1939
Pamiętam, jak
schodziliśmy z Kamilem z kościelnego wzgórza na Cytadelę.
Mijaliśmy właśnie monumentalny pomnik. Była tam wielkimi literami
zapisana data 1939. Kamil zapytał, co oznacza.
Powiedziałem, że
żartuje. Odpowiedział, że nie żartuje i że „z historii to jest
słaby”. Wyjaśniłem. Powtórzył, że z historii jest słaby.
Powiedziałem, że nie ma
sprawy. No bo nie było.
12. Blizny
Mam w swojej kolekcji
zdjęć z Yari jedno: Kamil na fotelu w pokoiku w kamienicy. Za
plecami piec kaflowy. Patrzy w obiektyw z poważną miną i
pewnością siebie jak luj. Niedobrze, bo jego młodość uderzała,
kiedy się uśmiechał – zdradzał ją wtedy łobuzerski błysk w
oku. Na zdjęciu włosy ścięte bardzo krótko. Im krócej się
strzygł, tym wyraźniej pokazywały się blizny. Miał ich
kilkanaście. Na głowie, ramionach, piersiach, plecach, nogach –
wszędzie ślady po urazach. Cała historia życia pełnego
niebezpiecznych, chaotycznych przygód wyryta na ciele.
Pomyślałem o tych
wszystkich lujach, którzy przychodzili do mnie w czasach, kiedy
eksperymentowałem z alkoholem. W tym okresie drzwi mojej
„garsoniery” niemal się nie zamykały. Nie opowiadałem
Piotrkowi tych historii. Milczenie puchło we mnie. Nosiłem je w
sobie jak ciężar, jak olbrzymi guz.
Któregoś dnia nie wytrzymałem. Zaczęły się ze mnie wylewać
słowa:
– Gdyby ściany w naszej
kamienicy umiały mówić, dawno by się zawaliły ze wstydu. Albo ze
śmiechu. Nie wiem, co byłoby gorsze.